poniedziałek, 12 grudnia 2011

Nic się nie stało, czyli o pożarze w drodze do Wenecji....

Obudziłam się dwie godziny pózniej niż zakładałam , czyli zamist o 7. 40 o 9. 40. Panika. Miałam 16 minut na opuszczenie hotelu. Miły recepcjonista załatwił mi cappusino gdyż jak to ja zaspałam na śniadanie 2 godziny. Hotel porażka. Z ate pieniądze można wymagać coś więcej niż groty dla muminka. Czułam się jakby włączone bylo ogrzewanie, nie moglam spać, bo hałasowała śmieciarka.
Bolonia zjawiskowa. Ptzypominająca Kraków z tymi magicznymi, wąskimi uliczkami. Na zewnątzr 43 stopnie. Wydaję majątek na wodę mineralną. Nie chce mi się jeść. Uginające się od egzotycznych owoców stragany kuszą owocami i warzywami, które pachną na kilometr. Co tam. Na obiad jem brzoskwinię za 2 euro. Jest wielka, soczysta, i jest tak dobra,ż e mam ochotę zamruczeć z rozkoszy. Teraz rozumiem co znaczy dolce vita. Sklepy kuszą szynkami, serami i kiełbasami. Na 10 minut ugrzęzłam przed stoiskiem z mozarellą.Wcale mnie nie dziwi fakt, że na Bolonię mówi sie tłusta. Tu jest po prostu fenimenalnie.
Pijąc cappucino zdałam sobie sprawę , ze nie mam dowodu osobistego. Panika totalna. Ale spokojnie. Po paru łykach wody mineralnej zaczyna mi światć w głowie, że dowód został w hotelu, gdyż przy zameldowaniu sie do hotelu zostawiłam go w recpecji no i ten zakręcony Włoch zapomniał mi go oddać. Jechałam do hotelu